Zaloguj się
Menu główne

Misja osobista to modny termin, paradoksalnie – w kręgach kadry kierowniczej, choć wywodzi się z duchowości ignacjańskiej. W rozmowie z Anną Lasoń-Zygadlewicz opowiada o niej dr Hubert Malinowski, psycholog, który na co dzień prowadzi szkolenia i coachingi indywidualne z zakresu inteligencji emocjonalnej dla kadry wyższego i średniego szczebla.

Czym jest misja osobista?

Zanim odpowiem na to pytanie, najpierw wprowadzę pojęcie wizji. Moja „wizja” to docelowy stan rzeczy lub fragment świata, w jakim chciałbym żyć. Wizję lekarza określa więc zdanie: „Wszyscy ludzie mogą być zdrowi”, a szkoleniowca – „Ludzie mogą być wykształceni i nauczeni różnych umiejętności”. Wizja jest więc dalekim punktem docelowym, do którego zmierzam. Misja z kolei, to moja osobista odpowiedź na pytanie: co robię, żeby ta wizja się przybliżyła. Posłużę się tu hasłem ekologów: „Myśl globalnie, działaj lokalnie”, które dobrze to obrazuje, ponieważ wizją wyznaczam sobie dalekosiężny cel, a misją – chcę się do niego przybliżyć. Stąd misją lekarza jest: „Leczę ludzi i pomagam im odzyskać zdrowie”. A szkoleniowiec określa swoją misję tak: „Wspieram ludzi w rozwoju”. Misja osobista jest powiązana z naszym powołaniem. Jeśli czyimś powołaniem jest bycie małżonkiem – to właśnie wyznacza jego misję. Mąż wstaje rano, by realizować swoimi czynami przysięgę małżeńską: dając miłość, dochowując wierności i uczciwości, komunikując żonie, co myśli w różnych kwestiach – bo to jej ślubował. Bycie rodzicem, z kolei, to dawanie życia i pielęgnowanie go. Gdy mama robi kanapki swoim dzieciom albo wozi pociechy na zajęcia pozaszkolne – tym samym realizuje misję matczyną, czyli pielęgnuje życie. Choć „misja” brzmi górnolotnie, to na co dzień wyraża się w drobnych czynnościach. 

A kto jest autorem mojej misji osobistej, ja czy Pan Bóg? 

To jest, tak naprawdę, pytanie o autora twojego powołania. Oczywiście pierwszym autorem jest Pan Bóg, który cię powołał do życia i wyposażył w określone talenty. Dając ci je – obdarzył cię pewnymi predyspozycjami. Ale Bóg nie może zrealizować twojego powołania bez twojej odpowiedzi. Tak więc autorem twojej misji jest Pan Bóg, a twoją rolą jest spokojne odkrycie, do czego jesteś powołana. A potem szkolenie się i rozwijanie, by to powołanie zrealizować.

Czy misja zawsze bazuje na moich talentach i umiejętnościach? Czy też może się zdarzyć, że podejmę jakąś misję, bo w danej chwili nikt inny jej nie podejmuje – a Pan Bóg uzupełni mi brakujące talenty?

Jeśli wchodzimy w nową dziedzinę, w której nie jesteśmy specjalistami – nasze naturalne dary w niewielkim stopniu będą przydatne. Tak było z apostołami, spośród których wielu było rybakami. Ci ludzie znali się na tym, o jakiej porze i w jaki sposób łowić ryby, ale te umiejętności niewiele miały wspólnego z ich późniejszą pracą apostolską i dawaniem świadectwa o Chrystusie. Jednak ponieważ zostali powołani do tego rodzaju działań – Bóg sam uzupełnił ich kompetencje. Misja może więc tworzyć się „od dołu”. Gdy nikt nie chce się czegoś podjąć – ktoś w końcu decyduje się działać. Staje się w tym coraz lepszy, a wspierany łaską Bożą i na skutek zwykłego ludzkiego uczenia się – zaczyna robić rzeczy ważne społecznie. Misja może więc zostać wytworzona przez trwałe działanie w jakimś obszarze.

Powiedziałeś, że bycie małżonkiem i rodzicem jest już misją. A czy każdemu jest dana też misja skierowana „na zewnątrz”, poza zaspokajanie potrzeb najbliższych?

To już chyba sprawa bardzo indywidualna. Ale są osoby, których troska o najbliższych – przygotowuje grunt pod wielkie dzieła. W pewnej książce spotkałem się z takim przykładem: jakiś człowiek mówi ze smutkiem, że jego życie nie ma większego znaczenia. A wtedy jego rozmówca zaczyna mu wymieniać różne osoby, które odniosły spektakularne sukcesy życiowe. Podaje przykład badacza, który wpadł na pomysł niezwykle skutecznego leku. Ale dodaje, że człowiek ten nigdy by nie osiągnął swojego sukcesu, gdyby nie pewien nauczyciel w szkole podstawowej, który rozwinął jego talent biologiczny. Nie byłoby więc wynalazcy bez tamtego pedagoga. Z tym, że nauczyciel był kiedyś bardzo chory i nie dożyłby czasów szkolnych przyszłego badacza – gdyby nie pewien lekarz, który nauczycielowi uratował życie. Z kolei lekarz nie ukończyłby studiów, gdyby nie pewna kucharka, która go dokarmiała, więc jako student nie musiał płacić za wyżywienie. Gdyby nie pierogi tamtej pani – ostatecznie nie byłoby wynalazku badacza. Z tego przykładu widać, że nigdy nie wiemy, jaki skutek będą miały nasze drobne czyny. Jezus powiedział, że znaczenie ma nawet kubek wody podany Jego uczniowi! A są przecież jeszcze inne gesty, które nigdy nie zostaną zapomniane – św. Weroniki ocierającej twarz Jezusowi, a nawet wymuszona pomoc Szymona z Cyreny. Podobnie jak oni, my także nie jesteśmy w stanie przewidzieć, jakim echem odbiją się w świecie nasze czyny. Tylko Pan Bóg decyduje, komu dać stygmaty i prowadzić go jak ojca Pio, a komu dać szczególny talent do robienia pierogów, które będą radością dla innych… Jest taki żart: do nieba trafia ksiądz i kierowca autobusu. Kierowca jest witany ze szczególnymi honorami, a ksiądz bardzo skromnie. Pyta więc, skąd ta różnica. Jakiś życzliwy święty wyjaśnia: gdy ksiądz głosił kazania, to ludzie w kościele spali, natomiast kiedy tamten kierowca jechał – wszyscy pasażerowie gorąco się modlili! Czasami zwykłe czynności, będące realizacją naszego powołania, mocno dotkną czyjegoś serca.

Trochę antyprzykład, choć ładny. Bo czy moja wada może stać się misją osobistą? Przecież ten kierowca pewnie jeździł jak wariat…

Wada nie może być misją. Ale mój sposób radzenia sobie z nią – może. Tak jest w przypadku alkoholików, którzy zmagając się ze swoim alkoholizmem, często sami stają się terapeutami lub w inny sposób wspierają proces trzeźwienia innych. Tak więc zmaganie się ze swoją wadą czy słabością – może stać się misją.

A dlaczego na szkoleniach biznesmenów pojawia się temat misji osobistej lub misji firmy?

Firmy potrzebują odpowiedzi na pytanie: „po co istniejemy?”. Swego czasu firma Mars (produkująca batoniki, pokarm dla psów i dla kotów) tak określała swoją misję: „Codziennie wywołujemy uśmiech na ustach, merdanie ogonem i mruczenie”. Sformułowanie misji ma na celu stworzenie idei jednoczącej wszystkich ludzi. Gdy w człowieku powstają wątpliwości – ktoś od lat wykonuje daną pracę, ale zastanawia się: „Po co ja w ogóle jestem w tej firmie?” – wtedy misja firmy lub działu jest odpowiedzią na jego pytanie. I pomaga mu głębiej zrozumieć, jaki jest cel jego pracy. A wracając do firm, ich misja spełnia funkcję organizującą zaangażowanie ludzi i jest ideą jednoczącą w sytuacji kryzysu. Ona pomaga im przechodzić przez kryzysy i radzić sobie podczas nich.

Czy misja może mnie uchronić przed wypaleniem? Tylko przez fakt, że z wyprzedzeniem mnie ostrzeże, iż zaczynam tracić z oczu swój cel?

Tak, ona pomoże ci dostrzec, że zaczynasz się rozpraszać w działaniach, które nie są bezpośrednio związane z twoją misją. Ja zajmuję się szkoleniami, ale gdy zaczynam podejmować różne aktywności poboczne i wchodzę w różne działania (które wydają się dobre, a jednak są rozpraszaniem mojego czasu i energii) – to misja pozwala mi wrócić do tego, co jest moim powołaniem. Bo moim powołaniem jest: być mężem, ojcem i psychologiem, który wykonuje zawód szkoleniowca i prowadzi treningi.

Jakie pytania powinien zadać sobie człowiek, aby znaleźć swoją misję osobistą?

Pierwsze, które przychodzi mi do głowy, to: czego pragniesz? To Bóg złożył w nas pragnienia, więc w głębokich pragnieniach jest też zawarta informacja na temat naszej misji osobistej. Dlatego pierwsze pytanie brzmi: czego pragnę i w czym siebie widzę? Drugie pytanie dotyczy naszych talentów: w czym jestem dobry? To, w czym jesteśmy dobrzy, jest odpowiedzią na nasze pragnienia. Czasami nie wprost, ale okazuje się, że nasze talenty i działania zgodne z nimi – w dłuższej perspektywie czasu najgłębiej odpowiadają na nasze pragnienia. Bo wierność powołaniu, wierność swoim talentom i działanie w zgodzie z nimi, ostatecznie prowadzi nas do realizacji naszych głębokich pragnień.

Czy znasz swoją misję osobistą? Rozmawiała Anna Lasoń-Zygadlewicz

Szum z Nieba nr 124/2014

Żródło: www.katolik.pl